|
|||
Od wielu lat moim marzeniem było odwiedzenie prawdziwie arabskiego kraju i wyrobienie sobie własnej opini na temat tych ludzi i realiów w jakich na prawdę żyją. Opini prawdziwej, nie opierającej się na subiektywnych opisach internautów z których to wynika często, że Jordania to kraj zacofany, niebezpieczny i pełen fundamentalistów. Nasze odczucia były zgoła inne. Zapamiętaliśmy Jordanię i Jordańczyków jako ludzi bardzo otwartych, uśmiechniętych (bynajmniej nie wydaje mi się żeby były to fałszywe uśmiechy) i ciekawych drugiego człowieka; jako ludzi szanujących swoją kulturę, obyczaje, prawa i nakazy islamu a jednocześnie nie zamykających się na cywilizację i postęp. Dlaczego Jordania? Wybraliśmy Jordanię z dwóch powodów, po pierwsze bo okazuje się wciąż bardziej i bardziej niebezpieczne podróżowanie po Jemenie, który byłby z pewnością maximum jeżeli chodzi o poznawanie arabskiego świata i doznania estetyczne, a po drugie nasza ostateczna decyzja zapadła po rozmowie z naszymi znajomymi, którzy na prawdę dużo w życiu widzieli. I tak na pytanie którą ze swoich bliskowschodnich destynacji wspominają jako najbardziej interesującą i spektakularną, odpowiedzieli natychmiast i wyjątkowo zgodnie - Jordanię. Tak więc decyzja zapadła. Jedziemy zobaczyć na własne oczy ten ósmy cud świata a przy okazji dziesiątki innych rzeczy, które ma do zaoferowania ten na prawdę wyjątkowy kraj. Walizki spakowane, długie rękawy, spodnie, itd... należy szanować obyczaje innych. Ale już po przyjeżdzie okazuje sie, że mało która turystka je szanuje, a szkoda bo czy nie na tym to polega, zeby na ten tydzień czy dwa stać się tacy jak oni, nie razić swoją europejskością, wtopić się w tłum i z tym tłumem obcować? Szacunek do obyczajów innych to pierwszy krok do zbudowania zaufania i pozytywnej reakcji na naszą osobę, żeby potem nie wypisywać bzdur że wszystkie araby to dzikusy i zieja nienawiścią do europejczyków. Kto zieje ten zieje, ale na pewno nie przeciętny Jordańczyk.
|
|||
Wyruszamy w niedzielne popołudnie 7 czerwca liniami Royal Jordanian. Lot na trasie Rzym - Amman trwa 2h55'. Nowoczesny, komfortowy samolot, tv dla kazdego pasażera, smaczny (jak na samolot) posiłek, idealna obsługa (jak przystało na "królewskie" linie) nijak miały się do fatalnych i śmierdących samolotów (np.) egipskich linii lotniczych z którymi mieliśmy już niejednokrotnie do czynienia. Program na najbliższe dni jest taki: Dzień 1 - Amman (nocleg w Amaken Plaza Hotel) Dzień 2 - Amman > Gadara (Umm Qais) > Jerash Dzień 3 - Amman > Zamki na pustyni: Al Qasr Kharanah > Qasr Amra > Qasr Al Azraq> Morze Martwe Dzień 4 - Góra Nebo > Madaba > Kerak > Mała Petra Dzień 5 - Petra Dzień 6 - Petra > Wadi Rum Dzień 7 - Wadi Rum > Amman Dzień 8 - Amman > Rzym |
|||
Oczywiście nie stać nas na ekskluzywne podróże dla VIPów, ale tym razem tak się dziwnie stało, że podróż była ekskluzywna właśnie... Po wylądowaniu i odebraniu bagaży okazało się, że z całego samolotu świergoczących jak nakręceni włochów zostaliśmy tylko my dwoje a cała reszta gdzieś się rozpierzchła. Pierwsza myśl była oczywiście taka, że zostaliśmy oszukani, po czym za kilka minut podchodzi do nas przewodnik i wtedy okazuje się, że naszą grupę tworzymy... my dwoje:) Corrado szczęśliwy, ja (na-szprycowana informacjami o niebezpieczeństwach czyhająch w Jordanii), martwię się czy to oby nie jakiś przekręt typu porwanie... Po wyjściu z lotniska wita nas trzech rosłych arabów o oliwkowo-hebanowej skórze i wyraźnych, ostrych rysach twarzy... i już mamy pierwsze zderzenie z arabską rzeczywistością - wszyscy uśmiechają się przyjaźnie i podają rękę Corrado, a ja jestem jak powietrze, nikt nie zwraca na mnie najmniejszej uwagi - jakbym nie istniała. Pokornie spuszczam głowę, widać tak tutaj będzie i faktycznie, w pierwszych dniach siedzę cichutko jak myszka pod miotłą a przewodnik kieruje swoje słowa TYLKO i wyłącznie do Corrado, a na moje pytania odpowiada patrząc w sufit lub w deskę rozdzielczą i jest wyraźnie zmieszany moją dociekliwością i w ogóle obecnością:) Sytuacja zmienia się dopiero po kilku dniach, kiedy rozpoczynamy ożywioną dyskusję na temat palestyńskich terytoriów okupowanych i Islamu. W tej kwestii zgadzamy się w 90%. |
|||
Tam gdzie Jezus uzdrowił opętanego... Około 8.30 następnego dnia wyruszamy do Umm-Qais, czyli biblijnego miasta Gadara gdzie jak podaje Biblia, Jezus wyrzucił z człowieka demona, który opuszczając ciało opętanego zamienił się w stado świń - powód dla którego muzułmanie, którzy uważają Jezusa za jednego z proroków nie jedzą wieprzowiny. W drodze do Umm-Qais, mknąc szeroką, dwupasmową drogą oddzieloną murem kwitnących oleandrów, po prawej stronie mijamy ciasne i rażące nędzą osiedla uchodźców palestyńskich. Opuszczamy Amman i kierujemy się w stronę granicy z Syrią, coraz częściej pojawiają się posterunki policji, gdzie uzbrojeni po zęby żołnierze zatrzymują nas zadając głupie pytania typu "kto jedzie i gdzie jedzie". Krótka odpowiedź, lekko znudzony żołnierz przygląda się krótko naszym twarzom i macha ręką "Yalla!" , w tym momencie ruszamy a pilot ze zniecierpliwieniem kręci głową i komentuje "to bezsens, przecież oni sami nie wiedzą po co tutaj są"... Podróż kulinarna Już po pierwszym dniu spędzonym w Jordanii pozwoliłam sobie komplementować ich kuchnię, zwłaszcza po pysznym obiedzie w drodze pomiędzy Umm-Qais a Jerash (stoły zastawione w 100%, tyle tego wszystkiego było, że starczyłoby dla grupy nie dwu ale dwudziestoosobowej, kilka rodzajów przystawek: sałatek i sosów, mięsko, deser, pieczywo pita i napoje. Cena takiego sutego posiłku obfitującego praktycznie we wszystko co jordańska ziemia jest w stanie wyprodukować to od 10-15 JD ale można też zjeść za 3-5 JD, wszystko zależy od zasobności portfela i tego czy chcemy po prostu coś zjeść czy zasmakować w jordańskiej kuchni która według mnie jest pyszna. |
|||
|
Z pełnymi brzuszkami, w temperaturze przekraczającej 35 stopni Celsjusza wkraczamy na teren Jerash, jednego z najlepiej zachowanych na świecie starożytnych miast z czasów rzymskich, podziwiamy imponujący Łuk Adriana, ogromne owalne forum (Agora) , ośmiuset metrową Cardo Maximus, nimfeum, las kolumn;), liczne świątynie, kościoły, teatry, hipodrom, targowisko, akwedukty i łaźnie. W pewne osłupienie wprawia nas arabski kobziarz, który za niewielką opłatą pozwala na przetestowanie genialnej akustyki jednego z amfiteatrów. To imponujące, świetnie zachowane miasto które 2000 lat temu było perłą Dekapolis robi ogromne wrażenie i pozwala wyobrazić sobie jaką potęgą były te tereny wieki temu. Ale to co można zobaczyć dzisiaj, to tylko około 15% starożytnego miasta Geraza, reszta spoczywa pod ziemią gdyż zbudowano na nim nowe miasto Jerash. Więcej o Jerash dowiesz się tutaj. Wracamy do hotelu w Ammanie i snujemy domysły co do zamków na pustyni które mamy jutro zobaczyć... Jedzenie hotelowe Zwykle bywa plugawe, jak widać nie w Jordanii. Tego wieczoru po powrocie z Jerash zjadłam taką kolację, że najchętniej wzięłabym dokładkę wszystkiego co zjadłam. Na szczególną uwagę zasługiwała zupa z kukurydzy (brzydka z wyglądu, wściekle żółta, niemal seledynowa, ale za to taka dobra, że do dziś nie mogę zapomnieć jej smaku) i sałatka z surowej białej kapusty z jakimś tam ichniejszym sosem i kawałkami kandyzowanej skórki pomarańczowej, a na deser takie pyszne coś, jakby piernikowe kulki posypane orzechami. To były bodaj 3 najlepsze rzeczy jakie jadłam w Jordanii:)
|
|||
Zamki na pustyni... Rankiem następnego dnia ruszamy pustynną drogą wschód - zachód, zmierzającą w kierunku granicy z Irakiem i Arabią Saudyjską. Krajobraz jak to pustynia, piasek, piasek i jeszcze raz piasek, aż w końcu naszym oczom ukazuje się budowla znacznie odbiegająca od naszego wyobrażenia o zamku na pustyni, to raczej karawanseraj w niczym nie przypominający zamku jaki spodziewaliśmy się zobaczyć. Niemniej jednak, trzeba przyznać że miejsce to miało swój swoisty urok i kryło w sobie jakąś niewypowiedzianą tajemnicę, znaną tylko ludziom pustyni. To właśnie był Al Qasr Kharanah, pierwszy z trzech tego typu obiektów który mieliśmy tego dnia zobaczyć. Wokół zero roślinności, żar leje sie z nieba, temperatura około 40 stopni, ale tak jak przewidywaliśmy tego typu klimat (bardzo suchy) nie doskwiera tak mocno jak mniej gorące ale za to znacznie bardziej wilgotne rzymskie powietrze, tak że mimo upału czujemy się jak ryby w wodzie. |
|||
Opuszczamy Pustynię Arabską i kierujemy się w kierunku doliny Jordanu i Morza Martwego. Po drodze mijamy najciekawszą roślinę z jaką spotkałam się w Jordani, zwaną Flame Tree, czyli Ognistym Drzewem a także punkt Sea Level 0. Docieramy do hotelu położonego na brzegu morza Martwego, gdzie jemy lunch, dokumentujemy fakt znajdowania się na terenie największej depresji świata (-366 m) i mimo, że plaża raczej odstręcza (jest brudna i brzydka), zanurzamy się w cieplutkiej wodzie zapominając o bożym świecie. To znaczy próbujemy się zanurzyć, bo ponad 22 procentowe zasolenie wody skutecznie nam to uniemożliwia;) Faktycznie, nie da się utonąć - przedziwne uczucie zwłaszcza dla kogoś kto, tak jak ja, boi się wody:) Nie daj Boże żeby w/w dostała się do oczu, piecze jak sto diabłów, niestety miałam bolesną okazje się o tym przekonać. Rzeczą zaskakującą i interesującą wydała nam się konsystencja wody, jakby lekko oleista, nieprzyjemna w dotyku, tak że po wyjściu z morza biegusiem pod prysznic bo człowiek był jakby nasmarowany olejem ale pod prysznicem od razu było widać że bynajmniej nie ma to z olejem nic wspólnego bo zmywało się natychmiast samą tylko wodą. Przyjemnie było "pounosić się" trochę na wodzie po pół dnia spędzonym wśród gorejących piasków pustyni ale co dobre to się szybko kończy i po krótkiej (za krótkiej!) kąpieli w morzu a następnie basenie hotelowym i zakupieniu kilku maseczek błotnych wracamy do Ammanu.
Wynajem samochodu |
|||
Spojrzenie na Ziemię Obiecaną - Góra Nebo... Następnego dnia po śniadaniu opuszczamy hotel i kierujemy się Drogą Królewską (Via Nuova Traiana) Amman - Akaba w kierunku Góry Nebo. Niestety sanktuarium na szczycie nie było udostępnione do zwiedzania z powodu trwających właśnie prac remontowych, tak że nie było nam dane zobaczyć wszystkich słynnych mozaik znajdujących się wewnątrz świątyni, ale nic to, widok jaki roztacza się z samej góry wynagradza wszystko. Człowiek wyobraża sobie co czuł Mojżesz kiedy po wielu latach wędrówki udało się jemu i jego ludowi dotrzeć aż tutaj, do Ziemi Obiecanej. Przy dobrej pogodzie widać stąd Ziemię Świętą wraz z Jeruzalem i całą Dolinę Jordanu. Stąd już tylko rzut przysłowiowym beretem do Jeruzalem, Betlejem i innych Świętych Miejsc naszych religii: chrześcijańskiej, żydowskiej i islamskiej. Nim opuścimy górę (a właściwie "góreckę" bo ma ona tylko niewiele ponad 800 m) oglądamy zbiory małego muzeum znajdującego się obok sanktuarium a następnie udajemy się wspierać miejscową produkcję, odwiedzając jedną z "fabryk" lokalnego rękodzieła (Arts-River Handicraft Center) gdzie spotykam przemiła polkę, Anetę która od kilku lat żyje i pracuje w Jordanii. A tak przy okazji, nie prawdą jest że z Jordanii nie ma co przywieźć jako pamiątkę z podróży - opinia z jaką spotkałam się w necie, a te setki rodzajów mozaik, miedzioryty, noże, srebro, bajecznie kolorowe kamienie i wszystko to, co się z nich wytwarza? Na prawdę jest z czego wybierać...
Pamiątki |
|||
|
Prosto z fabryczki, lżejsi o... no nie ważne, powiedzmy że dużo lżejsi;) zmierzamy w kierunku Madaby, która oddalona jest tylko tylko o jakieś 10 km od Góry Nebo. W Madabie odwiedzamy grecki ortodoksyjny kościół pod wezwaniem Św. Jerzego znany z przepięknej, świetnie zachowanej mozaiki bizantyńskiej przedstawiającej najwcześniejszą mapę Ziemi Świętej, na której wyraźnie zaznaczono bazylikę Grobu Bożego w Jerozolimie, miejsce, gdzie prawie każdy kamień przypomina o tym, że to Święta Ziemia dla wszystkich: żydów, chrześcijan i muzułmanów. Pierwotny rozmiar mapy szacowany jest na 6 metrów szerokości i 15 do 25 długości. Obejmowała ona tereny od Palestyny do Dolnego Egiptu. Obecnie zobaczyć można jedynie obszar od Libanu do delty Nilu. Kościół "taki sobie" natomiast sama mozaika faktycznie robi wrażenie, więc zdecydowanie warto poświęcić chwilę żeby ją zobaczyć. Dowiedz sie więcej o Górze Nebo i o Madabie.
Ceny biletów wstępu (stan na czerwiec 2009): 1 JD = 4,67 PLN |
|||
|
Po drodze do Kerak podziwiamy zapierający dech w piersiach Wielki Kanion, przez który biegnie Droga Królewska. A na prawdę jest co podziwiać, krajobrazy jak z filmu o Dzikim Zachodzie, Ci co widzieli Wielki Kanion w USA mówią, że ten Jordański niewiele mu ustępuje. Faktycznie, patrzysz i nie wiesz co powiedzieć, co wrażliwszym (w tym autorce;) to nawet łezka w oku się kręci, na myśl że takie cudo natura stworzyła. Zatrzymujemy się kilkukrotnie bo każda następna perspektywa wydaje się jeszcze ciekawsza, niestety powietrze jest zbyt zamglone żeby zrobić interesujące zdjęcie oddające piękno i majestat tego miejsca, trudno, musicie mi wierzyć na słowo... Uważam, że warto wybrać się z Ammanu Do Petry (lub odwrotnie) drogą Królewską zamiast autostradą, piękne widoki i mocne wrażenia gwarantowane. |
|||
|
Docieramy do Wadi Mousa (wioski położonej najbliżej wejścia do Petry) jeszcze przed zachodem słońca i tutaj mała zmiana planów, zamiast zobaczyć Małą Petrę o wschodzie słońca, zobaczymy ją o zachodzie. To była dobra decyzja bo pomarańczowe promienie zachodzącego słońca ślizgające się po tych fantastycznych formach skalnych, które mijaliśmy wzdłuż drogi z Wadi Musa do Małej Petry wyryły się na trwałe w naszej pamięci jako jedno z najpiękniejszych wspomnień z tej podróży. Po odkryciu Kapadocji myślałam, że nie spotkam drugiego tego rodzaju miejsca ale droga prowadząca do Małej Petry okazała się być bardzo podobna do księżycowych krajobrazów Anatolii. Miło było zobaczyć taki przedsmak tego co czekało nas następnego dnia, bo Mała Petra jak sama nazwa wskazuje, to taka miniaturka tej dużej: mamy i wąski Siq (wąwóz który do niej prowadzi), tyle że znaaaacznie krótszy, i wykute w skale fasady domów / świątyń, a potem ścieżka pnie się w górę dokładnie tak jak w Petrze, tyle że samo miejsce jest tak na oko jakieś 100(!) razy mniejsze. Oszałamiająco piękne, urocze i darmowe;) Mała Petra to przede wszystkim domy, świątynie i cysterny, stosunkowo mało jest tutaj grobowców (w porównaniu do Petry), co pozwala sądzić że było to przede wszystkim centrum rezydencyjne, świadczą o tym również schody, które wspinając się na kilka pieter i wijąc się we wszystkich kierunkach przywodzą na myśl ruchliwe miasteczko... A współcześnie, beduini właśnie przygotowywali się do wieczornego przyjęcia dla grupy hiszpańskich turystów, stąd te dywany i stoliki na zdjęciach. Odjeżdżamy z łezką w oku, zapada zmrok, księżycowy krajobraz doliny staje się jeszcze bardziej tajemniczy i sugestywny. |
|||
|
O zmroku docieramy do naszej oazy spokoju, hotelu Amra Palace. Kolacja i lulu bo jutro czeka nas baaaardzo ciężki dzień. Ciężki ale obfitujący w nieprawdopodobnie piękne widoki, które pozostawiają człowieka bez słów. Jesteś tam i oczom nie wierzysz, że natura była w stanie stworzyć coś tak niewyobrażalnie fantazyjnego i kolorowego - oszałamiająco pięknego. Z całą pewnością słowa tego nie wyrażą, co więcej, nie oddadzą tego nawet fotografie - to jedno z tych miejsc które trzeba zobaczyć na własne oczy. Nie próbuje nawet tego opisać bo nie znam takich słów, które choć w części oddałyby nasze zaskoczenie i zachwyt. Tak, zaskoczenie, bo na prawdę relacje których przed wyjazdem przeczytałam kilkanaście nie przygotowały mnie na to co zobaczę - zapewniam Was - Petra to więcej niż się spodziewacie. Doskonałe, zachwycające dzieło natury z odbitymi, niewielkimi w tej skali, śladami człowieka który znalazł tutaj schronienie wykuwając w skale miasto, akwedukty, świątynie i nekropolie. Przedpołudnie spędzamy na szybkim marszu z przewodnikiem, który jako że jest wielkim pasjonatem tematu nie dał nam od siebie odpocząć ani na minutę, nie było też raczej mowy o fotografowaniu bo w/w denerwował się strasznie, że go nie słuchamy, tak jakby niemożliwym było robienie dwóch rzeczy jednocześnie;) Podsumowaliśmy go jednym zadaniem "sympatyczny ale zdecydowanie nadgorliwy". Tak że przedpołudnie raczej stracone, bo zamiast chłonąć to co widzimy musieliśmy wsłuchiwać się w nieskończone opowieści nawijającego po włosku jak katarynka przewodnika. Tak na prawdę więc zwiedzanie Petry zaczęło się po obiedzie który zjedliśmy w jednej z restauracji w centrum Skalnego Miasta, skąd następnie ruszyliśmy już sami (uffff) w górę w stronę Klasztoru El Deir "The Monastery". Pnąca się w górę ścieżka wiodąca przez wyrzeźbiony w skałach bajecznie kolorowy wąwóz wyglądała jak z filmów o Dzikim Zachodzie, miejscami przypominała iście księżycowe krajobrazy a wszystko to upstrzone ogromnymi krzakami kwitnących na różowo Oleandrów. Na prawdę warto wybrać się w stronę Klasztoru, nawet jeżeli to spory kawałek drogi, bo emocje towarzyszące tej wędrówce są niezapomniane a i widok ze szczytu, zwany "The end of the world view" lub "The sacrifice view" jest co najmniej jest tak samo majestatyczny jak jego nazwy. No a właściwy cel tej wyprawy, czyli wykuty przez Nabetyjczyków w skale Klasztor, to kolejne dzieło które, mnie przynajmniej spodobało się jeszcze bardziej niż widoczny na prawie wszystkich widokówkach z Jordanii Skarbiec, który ukazuje się naszym oczom jako pierwszy zaraz po przekroczeniu wąwozu "Siq". Upał jak diabli ale i tak nie chciało się opuszczać tego miejsca, dlatego też wykorzystaliśmy wszelkie możliwe okazje żeby zostać tam możliwie jak najdłużej, a to pyszna miętowa herbata u gospodarza jednego z namiotów na krawędzi przepaści z której roztacza się wspomniany wcześniej "The end of the world view" (Widok Końca Świata), a to zdjęcia wszędobylskich osiołków, układanie piramidy z kamieni, a na koniec barek w wykutej w skale pieczarze z cudnym widokiem na Klasztor. W końcu jednak prawie siłą odrywamy się od pomysłu pozostania tutaj na noc i w milczeniu podążamy w dół do centrum Skalnego Miasta, tak aby przed zachodem słońca wydostać się z terenu Petry i spotkać oczekującego tam na nas kierowcę naszej "grupy" który zabiera nas na zasłużony odpoczynek, po wierzcie mi baaaaardzo ciężkim dniu. Sen jak kamień, bo pomijając fakt ogromnego zmęczenia jest jeszcze świadomość, że jutro będzie jeszcze ciężej, jeszcze goręcej i przede wszystkim jeszcze piękniej... Zobacz dokładną mapę Skalnego Miasta. |
|||
|
Szóstego dnia wczesnym rankiem niemal biegniemy z powrotem do Skalnego Miasta, tak aby nadrobić częściowo stracony wczoraj czas. Plan jest bardzo napięty, do obiadu chcemy wdrapać się na dwa punkty panoramiczne Petry, aby stamtąd móc zobaczyć rozległą panoramę miasta oraz Skarbiec z "lotu ptaka". Pierwsze z miejsc znajduje się jakby z tyłu za Skarbcem a drugie dokładnie przed nim. Trekking jest długi i bardzo męczący (temperatura w okolicach 40 stopni...) ale widoki wynagradzają wszelki trud. Być w Petrze a nie wspiąć się na High Place of Sacrifice to tak jakby tej Petry tak na prawdę nie zobaczyć, dopiero stamtąd można uświadomić sobie jak potężne i bogate było to miasto. Ale po kolei. Miasto zaczyna się od Siq'u czyli długiego na ponad kilometr bardzo wąskiego wąwozu którego wysokie, nawet 80-cio metrowe ściany niejako zachodzą za siebie, wiją się, wymijają i tworzą niezapomniane kolorowe bo różowo - czerwono - żółte obrazy na których gra światła i cienia tworzy genialne wzory. Na końcu Siq'u naszym oczom ukazuje się taki oto widok... To Skarbiec - "The Treasure", który chyba każdego pozostawia bez słów, ale zaznaczam, że już sam spacer wąwozem to niezapomniane przeżycie, a co dopiero jeżeli na jego końcu widzimy coś takiego... Wykuta w kolorowej skale elewacja jest wysoka na 30 metrów i szeroka na 45, pierwotnie było to grób Nabetańskiego władcy. Dowiedz się więcej o Skarbcu i Petrze . Następnie wąwóz nieco się rozszerza a naszym oczom ukazują się liczne wykute w skałach grobowce oraz Skalny Amfiteatr. Skręcamy w lewo i udajemy się stromą ścieżką do punktu widokowego nr 1, z którego rozciąga sie taki oto widok. Aż nie chce się schodzić ale upał i czas goni wiec wracamy po śladach na dno wąwozu i udajemy się wgłąb aż w okolice Grobowca Korynckiego, który znajduje się kilkaset metrów dalej po prawej stronie. Stamtąd odchodzi słabo oznakowana ścieżka która po kilkudziesięciu minutach marszu zabiera nas w miejsce chyba w Skalnym Mieście najpiękniejsze, z którego można podziwiać Skarbiec i Siq z lotu ptaka, z reszta zobaczcie sami. Zdecydowanie WARTO, jeżeli tylko czas Wam na to pozwoli, polecam wspiąć się na oba punkty panoramiczne, na pewno nie będziecie żałowali, pamiętajcie tylko żeby zaopatrzyć się w wodę pitną, buty trekkingowe i nakrycie głowy, wędrówka do łatwych nie należy, zwłaszcza jeżeli temperatura sięga 45 stopni. Tego samego dnia zjadamy szybki obiad w Wadi Mousa i ruszamy na południe, na Jordańską pustynię Wadi Rum uznawaną za jedną z najpiękniejszych i najbardziej sugestywnych na świecie. Przed zachodem słońca udaje nam się skombinować jeepa, którym odbywamy dwu godzinny rajd po rozpalonej słońcem pustyni, która przybiera coraz bardziej czerwony kolor... Jeden z tych momentów w życiu których nie da sie zapomnieć... ani opisać... |
|||
Jeep, herbatka u Beduinów, tarzanie się w piasku i tym podobne - wieczór był nasz, humory dopisywały a zmęczenie po prostu nie było dopuszczane do głosu. Skromna beduińska kolacja na pustyni (ryż, kurczak, baranina, sałatka), oczywiście przy ognisku i pod maksymalnie rozgwieżdżonym niebem - wszystko tego dnia było oszałamiająco piękne i wyjątkowe. Posłanie w mikroskopijnym namiociku i noc przespana jak kamień. A rankiem, organizm mimo że zmęczony ale nastawiony tylko na odbiór obudził mnie jeszcze przed wschodem słońca (w domowych warunkach takie spontaniczne pobudki nigdy mi się na zdarzają), więc w te pędy prysznic (oczywiście zimny), aparat w dłoń i heja na pustynię. Tylko ja, czerwony piasek, majestatyczne góry i budzące sie powoli słońce... Z Wadi Rum udajemy się jeszcze do Aqaby (133 km), gdzie spędzamy popołudnie na pływaniu/byczeniu się na plaży i (w moim wypadku) powracaniu myślami do pustyni Wadi Rum:) Powrót z Aqaby do Ammanu mija jak z bicza strzelił. Wracamy do hotelu Amaken i następnego dnia rano odlatujemy do Rzymu. Podróż na pewno zaliczymy do udanych, Jordania to spektakularny kraj który ma na prawdę bardzo, bardzo dużo do zaoferowania, szkoda tylko że sąsiadów się nie wybiera... |
|||
|
|||